Zespół Placówek Oświatowych Polskiego Stowarzyszenia na Rzecz Osób z Upośledzeniem Umysłowym w Sierakowicach oraz Unia Europejskich Federalistów podjęły współpracę w celu zorganizowania wyjazdu podopiecznych OREW Sierakowice i OREW Trzebuń do Afryki! Głównym założeniem projektu "Nasz Wspólny Świat" jest integracja środowisk osób niepełnosprawnych w Polsce i Maroko!

 

HONOROWY PATRONAT NAD PRZEDSIĘWZIĘCIEM OBJĘŁY:

(kliknij w logo, aby przeczytać dokument potwierdzający patronat)

 

        

 

O wyjeździe i przygotowaniach do niego - również na:

 

                     

 

P r o g r a m  w y j a z d u  i  p o b y t u (klik)

 

W związku z wyjazdem pojawiła się u nas ekipa filmowa gdańskiej Panoramy. Oto materiał wyemitowany przez TVP Info o/Gdańsk w dniu 07.02.2013: Link do pełnego wydania Panoramy na stronie tvp.pl.

 

 

O wyprawie napisali:

Podróż życia do Maroko

Dziennik Bałtycki / Tygodnik Kartuzy, 5 kwietnia 2013

Życiowa przygoda podopiecznych OREW z Sierakowic i Trzebunia

Wiadomości Sierakowickie, kwiecień 2013

 

 

W S P O M N I E N I A  Z  P O D R Ó Ż Y:

 

O tym, że dla wszystkich naszych dzieci afrykańska wyprawa będzie przygodą życia - wiedzieliśmy od samego początku. To, co zobaczyliśmy i kogo poznaliśmy na miejscu, przekroczyło jednak nasze najśmielsze oczekiwania! I choć nawet w najdłuższej opowieści nie da się przekazać wszystkiego, co przeżyliśmy - postaramy się choć odrobinę przybliżyć Wam ten magiczny tydzień z życia.

 

Obejrzyj krótki film - wspomnienie o Maroku:

  

 

Dzień pierwszy - wysokie loty

 

Samym rankiem, a właściwie jeszcze nocą, w piątek 22 lutego, opuściliśmy nasze domy i ciepłe łóżka po to, by na 5:30 dotrzeć do Sierakowic. Kto się wyspał (choć z relacji wiemy, że było ich niewielu), "to jego", bo jak się miało okazać później - dzień był długi i wyczerpujący. Ranga wydarzenia i podniecenie panujące wśród uczestników, sprawiły, że chyba po raz pierwszy nikt nie spóźnił się na umówioną godzinę! Po ostatnim przejrzeniu bagaży, zweryfikowaniu obecności paszportów i rzewnym pożegnaniu z najbliższymi - punktualnie o godzinie szóstej, wyruszyliśmy w "Nasz wspólny świat". Pierwszym przystankiem na drodze ku Afryce była stolica, jako, że tam właśnie czekał na nas Boeing 737, którym mieliśmy pokonać tysiące kilometrów dzielące nas od Agadiru. Nikt chyba nie spodziewał się, że transfer do Warszawy będzie trwał tak krótko! Komfort przejazdu i wyśmienita atmosfera w autokarze, które zawdzięczamy kierowcom firmy Albatros, sprawiły, że nikt nawet nie próbował wyrównywać rachunków z Morfeuszem. Zima też jakby nie chciała przeszkadzać tym, którzy chcą doznać jej gorętszego oblicza. Wszystko to sprawiło, że na lotnisku Chopina pojawiliśmy się tuż przed godziną trzynastą.

 

 

Jak widać, dłuższa podróż autokarem nie wywarła na nas najmniejszego wrażenia. W głowach i oczach większości tlił się już bowiem płomyk niepokoju i ciekawości związany z kolejnym środkiem transportu.

Warszawa przywitała nas chłodem, dlatego czym prędzej znaleźliśmy schronienie w hali odlotów. Większość nie zdążyła jeszcze przeprowadzić rekonesansu ani dobrze się rozpłaszczyć, kiedy z niespodziewaną, pożegnalną wizytą wstąpił na lotnisko specjalnie dla nas niecodzienny gość. Amatorzy seriali rozpoznali go natychmiast, innym sprawiło to tylko nieco więcej problemów. "Norek", "Tadzio", "Czerepach", "ten z Tulipana" - zdawało się słyszeć dookoła. Artur Barciś we własnej osobie pojawił się w terminalu A większego z warszawskich lotnisk. Wyjątkowy aktor postanowił pożegnać wyjątkową grupę - pamiątkowym zdjęciom, podpisom i uściskom dłoni zdawało się nie być końca. Artysta podarował nam także wersję audio "Przygód Tomka Sawyera", my odwdzięczyliśmy się naszym kalendarzem i pamiątkami z kaszub. Ten miły gest ze strony Pana Artura na długo zostanie w naszej pamięci.

Odlot zaplanowano na 17:35, zanim jednak oderwaliśmy się od ziemi, czekały nas obowiązki lotniskowe. Dla niektórych podróżnych oznaczające stres, rozgardiasz i niepotrzebną stratę czasu; dla nas jednak - swego rodzaju pierwszą poważną próbę i wyzwanie organizacyjne. Nie myli się ten, kto nie posądza nas o jakiekolwiek kłopoty. Sprawna odprawa biletowa i nadanie bagażu - tak rozpoczęły się formalności. Spokojniejsi, bo już z kartami pokładowymi w dłoniach, ruszyliśmy w stronę kontroli bezpieczeństwa. Czego można się było spodziewać po naszych ambitnych funkcjonariuszach - taryfy ulgowej nie było. Nie tylko bagaż podręczny, odzież czy obuwie zostały sprawdzone, uwadze pracowników punktu nie umknęły także nasze wózki, które bezwzględnie skontrolowano. Po tak rzetelnej inspekcji mogliśmy być spokojni o dobre intencje współpasażerów i bezpieczeństwo na pokładzie.

Godzina startu zbliżała się coraz szybciej. Przed nami już tylko kontrola celna, stemple w paszportach i droga ku samolotowi. Po krótkim oczekiwaniu przy bramce wyjściowej przeszliśmy do autobusu lotniskowego. Wcześniej terminal opuścili ci z nas, którzy poruszają się na wózkach a także ich opiekunowie. Im lotnisko zagwarantowało przywileje specjalne w postaci obsługi do pomocy przy wsiadaniu do samolotu. Wszystko poszło niezwykle sprawnie! Autobusem w ciągu kilkuminutowej jazdy dotarliśmy pod samolot. Pierwszy raz "oko w oko" stanęliśmy z takim kolosem. Włosy jeżyły się na skórze - dziś już nikt się nie przyzna czy to z zimna czy ze strachu? W każdym razie na pokładzie Boeinga 737, wersji 800 stawiliśmy się w komplecie. Wszyscy bez problemów zajęli swoje miejsca, a głośne rozmowy zdawały się cichnąć w miarę kołowania maszyny na pas startowy i zwiększania mocy silników. Uspokajający, spokojny ton głosu kpt. Marcina Kwiatosza zwiastował nadchodzący moment startu.

 

 

Nie taki diabeł straszny. Po bezproblemowym oderwaniu się od pasa, w samolocie zapanowała atmosfera odprężenia i odpoczynku. Uśmiechy na twarzach sugerowały wyłączenie myślenia o tym, że jesteśmy wysoko nad ziemią. Zdumienie budziły jedynie komunikaty pilotów o niemal 12-sto kilometrowym pułapie lotu i pięćdziesięciostopniowym mrozie na zewnątrz. Sam lot, bo niezwykle spokojny - nie dostarczał już takich przeżyć jak startowanie. Powoli zaczęliśmy kierować nasze myśli ku Afryce, ku Maroku, ku temu, co zastaniemy na miejscu...

Niespełna pięciogodzinny lot upłynął szybko. Około 21:45 czasu lokalnego wylądowaliśmy w Agadirze. Przywitał nas porywisty ale niezwykle ciepły, jak dla nas i o tej porze roku, wiatr. Formalności lotniskowe, a w szczególności wypełnienie deklaracji pobytu, zajęły nam jakiś czas. Przed lotniskiem czekał już na nas hotelowy autokar, którym udaliśmy się na miejsce. Jeszcze tylko meldunek w hotelu, no i ze spokojem mogliśmy oddać się odpoczynkowi. Jako, że moc wrażeń i fizyczne zmęczenie dawały o sobie znać - tylko nieliczni snuli się jeszcze tego wieczora po hotelowych korytarzach...

 

 

Przejdź do: dzień drugi, dzień trzeci, dzień czwarty, dzień piąty, dzień szósty, dzień siódmy, poprzednie wpisy (przygotowania) >>>